
Strona główna 
Wydania 
Luty 2010 
Artykuły
To proszę zaczynać panie Pawle.
Do szkoły powszechnej, już polskiej, chodziłem do Chudowa. Skończyłem ją w przewidzianym czasie, mając lat 14. Po skończeniu szkoły jakiś czas pracowałem u moich dziadków na gospodarstwie, a następnie poszedłem na służbę do „dwora” (praca w charakterze parobka), jak większość moich kolegów, dzięki temu poznałem pracę na roli. Wynagrodzenie na tej służbie było bardzo mizerne i zacząłem szukać jakiejś dodatkowej pracy, a że były to lata 30-te, czyli Wielki Kryzys, bezrobocie na Śląsku sięgało wtedy 20%, więc prędzej można było znaleźć „zaczarowany kwiat paproci” niż normalną pracę. Za namową moich kolegów przyłączyłem się do tych, co to nielegalnie fedrowali, czyli zacząłem pracować w biedaszybach w lasach między Bujakowem a Łaziskami. Codziennie rano, oprócz „geltu” w kieszeni, przywoziłem do domu wózek węgla na nasze domowe potrzeby. Robota w biedaszybach nie była zła, ale niebezpieczna i tymczasowa. Dopóki byłem samotnym „karlusem” to mi wystarczało, żeby pójść na „muzyka i na cygarety”, ale wiedziałem , że tak całe życie być nie może i trzeba coś zmienić. Zmianę mogła przynieść tylko praca, ale już stała i za godne wynagrodzenie, tak aby utrzymać już nie tylko siebie, ale i żonę. Takie warunki istniały, ale po drugiej stronie granicy, już na niemieckim Górnym Śląsku. Mogłem tam wyjechać nielegalnie, bez możliwości powrotu, lub legalnie, co było trudniejsze, ale wiązało się z wykupem odpowiedniej karty z możliwością wielokrotnego przekraczania granicy. Po wielu staraniach udało mi się „wydeptać” tą kartę i latem 1938 roku zacząłem pracować na Kop Makoszowy w Hindenburgu (Zabrze). Cała procedura związana z przyjęciem do pracy trwała 2 godz. i jeszcze w ten sam dzień po południu poszedłem do pracy. Pracowałem na dole na poz. 530 m pod ziemią, wynagrodzenie wynosiło 6 marek na szychta (dniówka) i tak przez 1,5 roku jeździłem z Chudowa do Makoszów rowerem.
Jak pan odbierał już jako 21-latek wybuch wojny, która zapowiadała, jak każda zresztą wojna, poważne zmiany?
Wzrost napięcia w stosunkach międzynarodowych między Niemcami a Polską wyczuwał każdy, kto od czasu do czasu czytał gazetę i myślę, że nikt nie miał złudzeń, co nastąpi. Ślązacy w zasadzie to pragmatycy i dlatego tylko nieliczni, może co niektórzy urzędnicy lub kombatanci śląskiej wojny domowej z lat 1919-21, czy zmanipulowani harcerze mogli żałować tego porządku, który za chwilę miał upaść. Natomiast ogromna większość, trapiona niekończącym się bezrobociem, coraz niższym poziomem życia i brakiem perspektyw na przyszłość, żegnała go co najwyżej obojętnie i raczej z ulgą. Dwa dni przed wojną zauważyłem, jadąc wieczorem z pracy do domu, jak nad granicą z Polską Niemcy ustawiali betonowe kozły przeciwczołgowe. Ostatniego sierpnia 1939 roku, już nie pamiętam, czy to była sobota, czy piątek, akurat wieczorem wracałem z „zolyt” i byłem ukrytym świadkiem jak Wojsko Polskie w długiej kolumnie przemieszcza się z Mokrego w kierunku Orzesza. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, bo jeszcze nigdy nie widziałem takiej masy wojska. 1 września, jak co dzień, wcześnie rano wyjechałem moim rowerem do pracy, ale po przejechaniu kilkuset metrów zauważyłem na drodze dwóch żołnierzy, którzy zaczęli kiwać do mnie ręką. Z początku nie wiedziałem, co zrobić, ale ruszyłem w ich kierunku i wtedy zauważyłem, że to niemieccy żołnierze. Po krótkiej rozmowie i pytaniu, czy w pobliżu nie ma polskiego wojska, kazali mi jechać do domu z informacją, że rozpoczęła się wojna. Jeszcze tego samego dnia wszyscy mężczyźni w wieku poborowym z naszej wsi zostali przewiezieni do Sośnicy i ulokowani w wojskowych barakach, w sumie zwieziono tam około 2 tys. ludzi z nadgranicznych terenów. Z Sośnicy przewieziono nas do Gerlitz, a po paru dniach do Norymbergii, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w barakach i karmieni z wojskowej kuchni. Na Święta Bożego Narodzenia zwolniono wszystkich do domu.
A kiedy Wehrmacht się o pana upomniał? A może zapomnieli, że pan istnieje?
Prędzej można było się spodziewać nadgorliwości urzędniczej niż niedopatrzenia, za które, jeśli to był mężczyzna, było skierowanie ze skutkiem natychmiastowym na front wschodni. W styczniu 1942 roku otrzymałem wezwanie do komisji wojskowej w Rybniku, gdzie dostałem rozkaz stawienia się do Świdnicy na Dolnym Śląsku. Podróż miałem bardzo fajną, w pociągu był cały wagon rekrutów ze Śląska, jadących podobnie jak ja do Świdnicy. Wtedy to było bardzo malownicze, ze starą zabudową, niemieckie miasto, w którym było więcej wojska niż mieszkańców, a to za sprawą ogromnego kompleksu koszarowego okalającego miasto. Po wstępnych oględzinach zostałem przydzielony do ciężkiej artylerii na stanowisko zamkowego, a później i celowniczego. Ten nasz gyszic (działo) to był prawdziwy potwór o kalibrze 221 mm, samojezdny, na podwoziu półgąsiennicowym. Obsługa tego działa to 12 artylerzystów + oficer. Cała załoga przemieszczała się wraz z działem tak, że nie musieliśmy się martwi
o transport. Przez sześć tygodni ćwiczono nas bardzo intensywnie w obsłudze działa, strzelania ćwiczebne odbywaliśmy na dość rozległym poligonie przylegającym do koszar. Pomimo forsownego szkolenia, pobyt w Świdnicy był łatwy do zniesienia, bo panowała dobra, koleżeńska atmosfera i do tego jeszcze bardzo obfita kuchnia. Po zakończeniu szkolenia jedną baterię, tj. cztery gyszice, w tym i moją, wysłano na południe Francji w pobliże miasta Clemorford. Zostaliśmy zakwaterowani we francuskich koszarach, gdzie łóżka były piętrowe i podczas wymiany sienników okazało się, że te łóżka, a właściwie sienniki, są matecznikiem robactwa. Reakcja naszego dowództwa była natychmiastowa - palić wszystko, co mogło stanowić siedlisko tych owadów. Nie było to przyjemne miejsce i z wielką radością opuszczaliśmy to miasto, kierując się do Cherbourga, dużego portu nad Oceanem.
Czy wyście przypadkiem nie jechali do Cherbourga ze względu na spodziewany desant Aliantów pod Dieppe w sierpniu 1942 roku?
Zgadza się, myśmy tam przyjechali nieco wcześniej, ale nikt nas nie informował, co się szykuje, tylko zaczęliśmy budować stanowiska dla 24 baterii ciężkiej artylerii. Nasze stanowiska były usytuowane nad samym bardzo wysokim skalistym wybrzeżem, tzw. klifem, dużo wyższym niż poziom morza, tak że praktycznie byliśmy nie osiągalni dla artylerii z wrogich okrętów. Podczas inwazji, która rozpoczęła się na początku sierpnia 1942 roku, nasze zadanie polegało na ostrzeliwaniu ciężkich okrętów wojennych wroga, osłaniających lądujące pod Dieppe oddziały inwazyjne. Nie wiem, jak długo trwał ten nasz pojedynek artyleryjski, ale jak bardzo był intensywny to świadczyły stosy pustych gilz po pociskach. Uzyskaliśmy wiele trafień, które sam mogłem zobaczyć przez silne szkła artyleryjskie. Inwazja skończyła się kompletną katastrofą aliantów i bardzo dużymi stratami w ludziach i sprzęcie, który widziałem porzucony i częściowo zniszczony na plażach. Z tego co nam mówiono, to poległo szczególnie dużo Kanadyjczyków, którzy mieli pecha, bo trafili na SS L.S.A.H. Okolice Cherbourga miały już być naszym stałym miejscem stacjonowania i tu też znajdowały się umocnione stanowiska naszej artylerii. Nas artylerzystów wysłano do Bordeaux, gdzie mieliśmy patrolować miasto i zwalczać partyzantów. Podczas jednej z nocnych wart, którą trzymałem przed chronionym budynkiem, zrzucono na mnie z dachu budynku siatkę, która mnie zaraz omotała tak, że nie mogłem się za bardzo ruszać. Kiedy próbowałem się wyplątać, zauważyłem, że biegnie ku mnie dwóch mężczyzn. Zrozumiałem, że nie chcą mi pomóc, tylko chcą mnie złapać. Wtedy sięgnąłem do kieszeni, gdzie miałem pistolet, który regulaminowo przysługiwał artylerzystom. Odbezpieczyłem i strzeliłem chyba trzy razy, raniąc w nogę jednego z napastników. Na odgłos strzałów zjawił się nasz patrol, który zajął się rannym, a mnie uwolnił ze siatki. Dzięki zeznaniom rannego partyzanta, aresztowano jeszcze 20 innych, którzy z kolei zeznali, że tak jak mnie, schwytano a następnie brutalnie zamordowano 40 niemieckich żołnierzy. Po odnalezieniu zbiorowej mogiły, zwłoki żołnierzy zostały ekshumowane rękami zabójców, a oni sami zostali rozstrzelani i pochowani w tym samym miejscu. A ja otrzymałem 12-dniowy urlop.
Następna inwazja Aliantów nastąpiła też latem, ale 1944 roku. Jak do tego czasu byliście zagospodarowywani?
No cóż, w wojsku już tak jest, że dowództwo dba, aby żołnierz miał stałe zajęcie, tym bardziej, gdy toczy się wojna. Część pełniła służbę polegającą na obserwacji wybrzeża i ciągłemu umacnianiu naszych stanowisk artyleryjskich, natomiast inna grupa została wysłana na tereny zagrożone działalnością partyzancką, aby im przeciwdziałać. Oczywiście na wypadek alarmu, wszyscy byli natychmiast przewożeni do miejsca stałego stacjonowania. Podczas tej drugiej inwazji, w 1944 roku w Normandii, zostaliśmy całkowicie obezwładnieni przez lotnictwo alianckie, które zasypywało nas gradem bomb z napalmem. Zaraz na samym początku zbombardowano nasze stanowiska, tak że z naszych gysziców została tylko kupa złomu. Kryjąc się przed bombami, wraz z całą obsługą działa, przesiedziałem trzy dni pod mostem znajdującym się na szczęście nie daleko od naszych stanowisk. Po trzech dniach, kiedy zaczął doskwierać nam głód, zadecydowaliśmy, że ktoś musi pójść po żywność znajdującą się w naszych namiotach. Zaczęliśmy losować, kto ma iść, i los padł na mnie. Po szczęśliwym dotarciu na miejsce, wszedłem do naszego namiotu i zdębiałem. Patrzę, a tam odpoczywają już amerykanie, którzy również zdębieli na mój widok, Ich dowódca zapytał mnie, skąd się tu wziąłem. Jak mu odpowiedziałem, to mi rzucił dwie konserwy i powiedział, że mam przyprowadzić resztę kolegów, bo wojska niemieckie wycofały się już daleko na wschód, a dla nas to już koniec wojowania. Nie minęła godzina, jak cała obsługa mojego gyszica, czyli ja, jeszcze jeden Ślązak z Katowic i 10 Sasów, byliśmy prowadzeni do obozu jenieckiego.
Obóz jeniecki i co dalej z wami się działo?
Z Francji od razu przewieziono nas na Wyspy Brytyjskie. Nawet nie wiem, co to był za okręg, bo zostaliśmy zakwaterowani na terenach niezamieszkałych, gdzie były tylko same łąki i wrzosowiska, a mieszkaliśmy w takich półokrągłych barakach z blachy. Jeden barak mieścił 50 osób. Nie powiem, warunki bytowe nie były najgorsze, ale chleb jeniecki, choćby był najlepszy, to nigdy nie będzie smakował jak chleb na wolności. Po jakimś czasie zaczęli się pojawiać w naszych barakach polscy oficerowie, agitując Ślązaków, aby wstępowali do polskiego wojska. Mnie też poproszono na taką werbunkową rozmowę. Odpowiedziałem, jak większość kolegów: nie będę strzelał do moich kamratów, a wojna się już dla mnie skończyła. Wszyscy, którzy się zdecydowali zostać na nowo żołnierzami, mieli nieporównywalnie lepsze warunki bytowe od reszty. To był 10 albo 11 maja 1945 roku, kiedy przyjechał do naszego obozu wysoki rangą polski oficer i oświadczył, że każdy kto wstąpi do Polskiej Armii będzie miał ułatwiony i przyśpieszony wyjazd do dowolnego kraju łącznie z Polską. Po tej informacji wstąpiłem do Polskiej Armii na Zachodzie, gdzie po przemundurowaniu i odpowiednim wyposażeniu zostaliśmy przetransportowani do bardzo dużej bazy wojskowej we Włoszech. Mój pobyt w Italii wspominam bardzo ciepło. Kiedyś zjawiło się w naszej bazie całe kierownictwo WP, łącznie z gen. Andersem, i namawiano nas, żeby nie wracać do komunistycznej polski. Informacje, które do nas docierały o tym, co się dzieje w kraju, były bardzo sprzeczne, dlatego byliśmy totalnie rozkojarzeni, jeśli chodzi o rzetelną informację. W takiej sytuacji górę bierze tęsknota za domem i zdecydowałem, jak większość, wracać do domu, a poza tym nie mieściło się nam w głowie, że tam panuje komunizm. Z Italii do kraju przyjechałem pociągiem, który zawiózł nas do Koźla, a tam po demobilizacji już bezpośrednio na Śląsk, do domu. Tak się skończyła moja wędrówka po Europie w mundurze żołnierza.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Marian Kulik
|
|




Lipiec 2010